A A A

O miłosnym serc przymierzu, o Ester i o Kazimierzu

Dawno temu, przed wiekami,
między rzeką a górami
wzniósł gródeczek urokliwy
król Kazimierz Sprawiedliwy.

Przemijały średnie wieki,
wojny toczył świat daleki,
a osada cicho spała,
na legendę swą czekała...
Jak była-że to siła,
która los ów odmieniła?
Ot, zakochał się - i basta!
Król ostatni z rodu Piasta...

Pan wysokiej był postury,
słusznej tuszy, zdrów z natury,
zacne lico, oczy prawe,
włosy gęste, kędzierzawe.
Gdy Łokietka był pochował
siebie królem koronował
(było wtenczas tak w zwyczaju,
że syn z ojca rządził w kraju.)

Bez krwi ofiar przelewania
dla dóbr kraju pomnażania
nie orężem miał wojować,
aby Polsce chwały dodać.

Swym monarszym obowiązkom
najsumienniej i z nawiązką
się oddawał, gospodarzył,
przez co w państwie los się darzył.

Król poważał wszystkie stany,
więc: rycerzy, i ziemiany,
serce wielkie miał dla kmieci
tych miłował jak swe dzieci.
(Za łaskawość tę dla kmiotów
nazywano go „Król Chłopów”.)

Gdy brał Polskę we władanie
niemal każde jej mieszkanie
drewnem stało, chrustem, gliną
szybko po tym ślad zaginął.
Król nakazał mury stawiać,
zamki i warownie sprawiać,
lubił robót sam doglądać
i sumiennej pracy żądać.

Nowe prawa był wprowadził
- w tenże sposób kraj uładził,
a – że cenił – to, co w głowie,
szkołę nauk wzniósł w Krakowie.
Mówiąc krótko: król przymiotów
mnogość miał, więc lud był gotów
miano nadać mu „Wielkiego”,
dla uczczenia zasług jego.

*
Król Kazimierz miał w zwyczaju
sam doglądać losów kraju.
Biorąc znój podróży za nic,
sprawdzał bezpieczeństwo granic.

Raz, chcąc widzieć te granice
przybył w nasze okolice,
gdzie się musiał snadź niezłomnie
trzymać czujno a obronnie,
bo napaści tu bywały
i od wschodu wróg zdziczały.

Lecz choć dotarł tu o zmroku,
gdzie nie spojrzy – piękno wokół:
rzeka, co doliną płynie,
wzgórze, co zza drzew wychynie,
wszystko tu zaczarowane,
urokliwe, niesłychane.
Noc zapada wśród osady,
białym kwieciem błyszczą sady,
a znad śliwek i jabłoni
dąb – król drzew - co króla schroni.

Pan zakrzyknął więc drużynie:
„Obóz tu gotować ninie!”
Już rozgląda się, już siada,
„Godna króla to osada.
Postaniem tu do brzasku,
ochędożym broń”. Gdy zasnął,
nocą śnił mu się wilk płowy -
to znak: tutaj sprawiać łowy.

Puszcze, knieje, ciemne bory,
stopa ludzka żadnej pory
nigdy tutaj nie postała -
dzika to kraina cała.

Zwierza srodze drapieżnego!
gdzie nie spojrzysz – ślady jego.
Żubry, łosie i jelenie
i pan puszcz tych – tur. Schronienie
swe sekretne ma też meszka
(znaczy: niedźwiedź tutaj mieszka).
Straszne bywa z nim spotkanie,
gdy na łapy zadnie stanie,
gdy myśliwca zna zamiary
wzywa, by go wziąć za bary.
Z tej potyczki mało który
żyw wychodzi, broniąc skóry,
a jak komu się to uda,
lud rozprawia o tym cuda.

Król Kazimierz z mocy słynął
ponad całą swą krainą
i dlatego pójść w zapasy
z misiem – chwała po wsze czasy.

Zaplanował był o świcie
ruszać w ostęp, by w rozkwicie
dnia w najdzikszym być już boru
i tam czyhać zresztą dworu.

Orszak zbrojnych w miecz rycerzy
już galopem co tchu bieży.
Śladów baczą, nasłuchują,
konie ostrogami kłują.
Wtem...! Cóż słyszą?! Trzask złowrogi
(pod niejednym zmiękły nogi),
ten i ów się już wyrywa
(cichcem imię matki wzywa).
Rozstąpiły się konary,
a tam widok – nie do wiary:
zwierz ogromny jak dwie góry,
wielkie zęby i pazury!
Węsząc wroga pośród chaszczy
pianę wściekłą toczy z paszczy,
roziskrzonym ślepiem błyska
i już gotów w swe zębiska,
w swe pazury porwać śmiałków,
by ich pożreć po kawałku!

Choć rycerzom nie zbywało
na odwadze, bo niemało
w życiu swoim już widzieli,
przed bestyją tą struchleli.
Niedźwiedź ryknął, psy zdębiały,
a z drzew liście pospadały.

W jednej chwili król wyskoczy,
palnie bestię między oczy,
stuknie w łeb, a na ostatku
król już siedzi jej na zadku.
Wnet rzucili się rycerze
zbrojni w miecze i pancerze,
w łańcuch skuli, ogłupili
i niedźwiedzia zniewolili.

W wielkiej klatce uwięziony
tuż przed królem był wiedziony,
by zaświadczać w każdej dobie,
jaką siłę król ma w sobie.

Wieść, z ust do ust powtarzana
o triumfie króla pana
do osady wnet trafiła,
ludzi z obejść wywabiła.

Gawiedź liczna, moc czeladzi
już pod lasem się gromadzi,
by powitać władcę swego
w chwale powracającego.

Gdy ujrzały tłumy pana,
wrzawa była niesłychana:
„Na cześć króla wiwat!!! Hura!
Wszak mocniejszy on od tura!
Mądry niewypowiedzianie!
Wiwat jego panowanie!”

Król wejrzeniem objął tłumy
dobrotliwym, pełnym dumy,
lud swój bowiem umiłował -
dlań budował, dlań wojował.

Nagle… ujrzał wśród pochodu
dziewkę judajskiego rodu.
Serce mocniej mu zabiło
- jej oblicze cudnym było!
Widzi jedną, choć ich tyle
(a niewiasty patrzą mile,
śnią sen złudny o koronie
i o sobie jako żonie).
Panien włosy – złote kłosy,
świeże lica – krople rosy,
błękit oczu – czysta woda
(wszak słowiańska ich uroda.)

Nie w te kłosy, nie w błękity
jednak wzrok królewski wbity…
W warkocz, co oplata skronie,
czarny jako skrzydło wronie...
Oko sarny, ust korale,
lico słodkie niebywale,
na policzkach rzęsów cienie
i niebiańskie wprost spojrzenie.

Bój niestraszny był królowi,
ani szranki, ani łowy,
lecz niewieścia postać słodka
wnet czyniła zeń podlotka.

„Łacno ostać? Ruszać w drogę?
Muszę to, czy tamto mogę?”

Chociaż serce się wyrywa,
obowiązek króla wzywa.
Żadną miarą to nie pora
na truciznę strzał Amora...
Musiał ją zostawić w tłumie,
lecz już nie chce, i nie umie
z dala żyć od tej istoty,
co jak słońca promień złoty.

I już lęgnie się myśl płocha,
że gdy kogo kto pokocha
musi mieć swe miłowanie,
bo inaczej dech ustanie.

„Dworzec sprawię nad dworami,
by godować tu z wojami,
biesiadować z przyjacioły
a i dla wielmożów stoły
- wszystko zamek ten pomieści.
Może alkierz też niewieści…?
Ja uczynię co w mej mocy,
resztę Boskiej zdam pomocy.”

*
W państwie działo się niezgorzej
dzięki Opatrzności Bożej
i królewskiej tęgiej głowie
- wszak to władca co się zowie!
Moc audiencji, posiedzenia,
ciągle coś do załatwienia.
Tedy król, co noc, nim zaśnie
myśli jak uładzić waśnie.
Choć dla mądrej jego głowy
najważniejszy skarb państwowy,
to przez miłość był w rozterce
- wszak i król ma przecież serce!

Dni i noce przemijały,
on z tęsknoty płonął cały.

Ni domyślą się dworzany,
czemu pan ich tak stroskany,
czemu się tak smętnie snuje,
nie ucztuje, nie raduje?
Czemu wciąż odprawia gości,
czemu szuka samotności?

A Kazimierz wieczorami,
gdy już skończy z urzędami
do wąwozów się wymyka,
by usłyszeć śpiew słowika.
… Ta czarowna okolica,
ten przedziwny blask księżyca -
wszystko JĄ mu przypomina...
Ach, gdzież cudna ta dziewczyna...?
(”Pan nasz chyba zakochany” -
domyślają się dworzany).

*
Dnia pewnego udręczony,
gdy tęsknotą był trawiony
w wodzie szukał ukojenia
i swych pragnień ostudzenia.

Z cienistego zbocza góry
źródło bije – cud natury,
żywy kryształ pośród pól -
i tam udał się nasz król.

Najpierw ujrzał kozie stado.
Potem, między kóz gromadą
dziewczę, które tyłem stało,
w cebrzyk wodę nalewało.
Król zamrugał powiekami,
przetarł oczy kułakami,
zerknął znów, nieśmiało, bokiem,
toż to... dziewczę cudnookie!
Piękność kształtów niesłychana,
jakby wprost z niebiesiech dana
i ta wdzięczna kibić wiotka...
„Ach – to przecie postać słodka!”
Stał z zachwytu oniemiały,
wprost słup soli skamieniały,
a na twarzy jak się mienił,
a jak strasznie zarumienił!
Swemu szczęściu nie dowierza,
aż nareszcie krew rycerza
w Kazimierzu się ozwała,
z namiętności zakipiała.
Panna także się spłoniła,
oczy śliczne opuściła
i upadła na kolana,
bo poznała króla pana.
On, na gest ten białogłowy,
ukląkł przed nią też bez słowy
i oboje tak klęczeli,
co powiedzieć nie wiedzieli.
Król, podniósłszy się nareszcie
pięknej podał dłoń niewieście
i odezwał się w te słowa:
„Cóż jest warta ludzka mowa,
co choć mnogość słów posiada,
żadne z nich się dziś nie nada,
by wyrazić ci, o Pani,
moją wielką miłość dla ni(e)j.”

Cóż tu gadać po próżnicy...
miłość króla i dziewicy
kwitła jako rajskie kwiecie -
w duszy raj i raj na świecie!

Czas najmilszy z nią spędzony,
gdy się kończył – król wtrącony
był jakoby w piekła męki,
czas bez Ester – czas udręki...
Tedy wreszcie tak powiada:
„Nie wydzierżę, trudna rada.
Proszę czule cię w me progi,
bom bez ciebie sam ubogi.”
Ona – wszak go też kochała -
rada prośbie tej przystała.

Król, by wyraz dać radości
bal wyprawi, sprosi gości...

*
Do strojenia krasnych piórek
skora była każda z dwórek,
(zawsze przecie białogłowa
chce wyglądać jak królowa).
Stoją w rzędzie, wszytkie one
przebogato wystrojone
i składają pokłon niski
dla żydowskiej tej huryski.
(Chociaż patrzą uniżenie
na anielskie to stworzenie,
serca ich ściśnione złością,
nienawiścią i zazdrością.
Cierpnie skóra dam z wściekłości,
bo król oznak swej miłości
ani myśli skrzętnie skrywać,
woli miłość okazywać).

Tedy Ester, z woli pana,
cała w atłas przyodziana
purpurowy, haftowany,
szczerym złotem przetykany.
I choć szata aż się mieni
blaskiem drogich cud-kamieni,
jeden w drugi choć piękniejszy,
ona – klejnot najjaśniejszy!

Wieka cisza była w sali,
wszyscy Ester podziwiali.
Słychać w ciszy tej aliści
serc niewieścich szmer zawiści.

*
Król dał znak, by z końca sali
już grajkowie się ozwali,
by urzekli cudem dźwięków
gęśli, dzwonków i bębenków.
Lica panien zlały pąsy -
zaraz przecież ruszą w pląsy!

W pierwszej parze król z Esterką -
balu tego bohaterką.
Wszystkie dwórki nią przyćmione
były srodze urażone,
w ciemnym kącie się zebrały
i sekretnie coś szeptały.
Cichcem knuły, spiskowały,
wreszcie jednej nakazały,
bacząc, by nie wszczęła swary
uszła chyłkiem za kotary,
potem wbiegła do komnaty,
zzuła z siebie dworskie szaty,
i zbywając skrupuł wszytki
wdziała strój Izraelitki.

A tymczasem w wielkiej sali
wszyscy zgodnie wieczerzali,
król Kazimierz w tym przodował -
z wielkim smakiem był ucztował.

Stoły aż się uginały,
pod ciężarem mis trzeszczały,
ileż było jadła, trunku
najprzedniejszego gatunku!
Piwa dzbany, miodu beczki,
dwa podświnki, turkaweczki,
kopa jajców, sera kadka,
kapłon z rusztu i dzierlatka.

Jeszcze brzmiała pieśń muzyków,
gromkie śmiechy biesiadników,
jeszcze nic nie zwiastowało
tego, co się zdarzyć miało.

Wtem podwoje zaskrzypiały.
Gęśle, dzwonki grać przestały.
Gościom, na to co ujrzeli,
dech zaparło, oniemieli:
weszła dwórka obleczona
w strój na modłę cór Hebrona,
przez co wobec pana gości
wyraz dała złośliwości.
(Wszyscy wiedzą, że te gierki
są przytykiem do Esterki).

Króla jakby piorun raził:
jednym susem stół przesadził,
porwał miecz i - ach! Cóż czyni!
Chce ściąć głowę zuchwalczyni!

Nie ośmieli się nikt z gości
wstrzymać władcy we wściekłości.
Jeno patrzą zatrwożeni...
Snadź wyroku nic nie zmieni!

Przyszło jednak mimo trwogi
wybawienie dla niebogi:
to Esterka drżąca cała
dłoń w miecz zbrojną powstrzymała.
Bez słów dała znak królowi,
by pozwolił ujść gniewowi.
Niech wybaczy – poprosiła -
tak jak ona wybaczyła...

Króla gest ten wzruszył wielce,
uległ tedy swej Esterce
i tak dwórka nadal żyła,
lecz ją odtąd hańba kryła.

*
Ester zaś, nie dla zamętu,
a dla zbycia incydentu,
jak mysz cicho się wymknęła
i w pokojach swych zniknęła.
Tu dopiero, w samotności,
upust mogła dać żałości.
Twarz jak mleko białą miała,
gorzka łza za łzą kapała...

Nikt nie ujrzał tej rozterki,
nikt nie ujrzał łez Esterki,
ci, co ucztę zaś widzieli
to świadectwo dać musieli:
krasa córy dawidowej
przystałaby i królowej.
Przed wszystkimi prym trzymała,
i królewską dumę miała,
a w tej dumie, jak w koronie
(te jednako cisną skronie)
cierpi dziewczę niewymownie,
lecz swój smutek znosi godnie.

Nie pojmuje tej zazdrości
Ester w wielkiej swej ufności.
Czyż to ona krzywdzi kogo,
że karają ją tak srogo?
Tu szykana po szykanie...
Niech król znajdzie rozwiązanie.

Przez noc cała się głowili,
aż o brzasku uradzili,
że się lepiej trzymać z dala
od okrutnych sług Beliala,
bo ci, żyjąc w nieprawości
za nieprawość cud miłości
mają i wciąż straszą karą,
mierząc wszystko własną miarą.
„Patrzeć na to ja nie mogę
jak krzywdują mi niebogę!
Muszę ci ją mieć pod bokiem,
lecz i chronić przed złym okiem.
Zamek drugi trza budować
i bohdankę w nim tam schować.”

Król więc, zaraz o świtaniu
zwołał swych i po śniadaniu
ruszył, by gdzieś znaleźć blisko
nowe dla Ester siedlisko.

*
Gdy wyjechał z oszczepami,
i z ogary, z łucznikami,
gdy się lasem puścił w cwały,
gdy mu wreszcie psy zagrały,
zwierz się pomknął – krew burzliwie
wre – król pędzi zapalczywie.
Raptem koń aż po kolana
wrył się w ziemię – to polana
u podnóża zbocza skały,
widok na niej niebywały!
W samym środku jeleń stoi,
człeka wcale się nie boi,
patrzy w oczy króla śmiało,
(panu znakiem się to zdało).
„W tym zakątku, na polanie
niech się wola moja stanie,
w ciszy tej zaczarowanej
będzie dobrze ukochanej.”

Nim król zdążył wypaść z cienia...
… strzała w sercu tkwi jelenia!
To druh króla z bezmyślności
zgładził znak ów Opatrzności.
(Na pamiątkę wydarzenia
wielkie rogi pan jelenia
do kościoła zaniósł w darze.
Do dziś wiszą one w Farze.)

Do odwrotu król znak daje,
konia kłusem przez rozstaje
puszcza i przed mrokiem stanie -
powie Ester o polanie.

Ta, ujrzawszy oblubieńca
nie wstrzymała już rumieńca.
W mig poznała z twarzy pana,
że im miłość będzie dana,
że odwróci się zła karta,
(bo ich miłość tego warta)
i gdy zamek tylko stanie
znajdzie Ester w nim mieszkanie.

*
Trochę wody upłynęło
w Wiśle, nim skończono dzieło,
aż powitał pewien ranek
gotów Bochotnicki Zamek.
W nim dziewczyna już ostała
i niczego się nie bała.
Bo nie sięgnie tu zniewaga
ni zły wzrok, co jak bicz smaga.
By oszukać wrogie oko
król pod ziemią skrył głęboko
lochy, co go w tajemnicy
wiodły wprost do Bochotnicy -
tak to właśnie uczuć siła
przeciwności zwyciężyła.

Kiedy zbiec chciał król z Wawelu
od frasunków i trosk wielu,
gnał do Ester w oka mgnienie -
u niej jedno miał wytchnienie.
I choć miłość ta się kryła
moc jej tak niezmierną była,
że w miasteczku duch miłości
odtąd już na zawsze gości.

*
Wielkie a niespodziewane
rzeczy są przez miłość dane,
w świecie dzieją się dziwności,
co początek ich w miłości.
Kazimierza zaś zaranie
to królewskie zakochanie -
i to właśnie tajemnica,
czemu każda kamienica,
czemu nawet piach wiślany
zda się być zaczarowany.
Wszystko jakby nieprawdziwe,
lecz – cóż prawda, gdy szczęśliwe
losy tutaj opisane
z palca pono są wyssane?
Wierzą w cuda te aliści
i poeci, i artyści,
a gród – króla i włodarza
imię wiekom wciąż powtarza.

… Niechże więc ta bajka bajką pozostanie.
Cóż cudowniejszego jest niźli bajanie?...

O miłosnym serc przymierzu, o Ester i o Kazimierzu

realizacja: alfaweb, oprogramowanie: hydraportal